piątek, 9 stycznia 2026

Naju-L U B I E Ń-szy

 

Naju-L U B I E Ń-szy
(Hymn powrotu na Ojcowiznę)

Westchnąwszy pamięcią, zanurzam dłonie w studni lat,
gdzie czas nie mijał, lecz trwał – gęsty i własny.
Zamykam oczy, by widzieć ostrzej:
tam, gdzie kiedyś dostrzegałem tylko chwile, dziś wyrastają lądy.
Moja obecna kawałkowatość, to stłuczone lustro dni,
przegląda się w tamtej, dawnej pełni, co nie znała pęknięć.

Na środku podwórka – trójpienny maszt trwania,
wyniosły jesion, mój Strażnik Pamięci.
Jego korzenie piją atrament dawnych zdarzeń,
a liście szeleszczą imionami, których już nie słychać w sieni.
On jeden wie, że wyremontować dom, to opatrzyć rany czasu,
a nowy płot to tylko rama dla obrazu, który nigdy nie wyblaknie.

Światy odchodzą zwykle boso, po cichu, bez echa,
tonąc w oceanach niewypowiedzianych słów.
A przecież tutaj każda cisza była brzemienna w opowieść,
sąsiedzi – tkacze codziennych mitów –
rozwijali przed nami wielobarwne dywany rozmów,
w których nawet kamień miał głos.
Niepospolitość była tu chlebem powszednim,
a człowiek – niepodzielną całością, rzeźbioną przez tutejszy wiatr.

Oto moja Itaka – miejsce zastanego świata,
geometria dziecięcych objawień i niepisanych konstytucji.
Tu prawo nazywania było aktem stworzenia:
każda miedza, każdy parów miał swoje imię i duszę,
a topografia serca nie pozwalała na błądzenie.
Rytm przyrody, spleciony z różańcem świętości,
wciąż wybija tu tętno kontemplacji.

Jestem u siebie.
Pod okiem jesionu – mojej prywatnej Trójcy,
składam dziękczynienie za puste krzesła,
które wciąż ważą tyle samo,
i za dłonie sąsiadów, co trzymają ten świat
w ryzach prostego „dobry wieczór”.
Wracam do źródła,
gdzie urok niepowtarzalny zszywa mnie w jedno –
z tym, co było, i z tym, co trwa.



Brak komentarzy:

Prześlij komentarz