papierowe
ściany
patrzę
w górę
a tam… defilada stali,
żelazna kurtyna huku.
tutaj
– po ciepłej stronie szyby
naga świadomość, bezradność po kostki.
moja
skóra – zaledwie pergamin,
dach mięknie w zwiotczałą tekturę.
cała
potęga karleje
w kosztowną iluzję,
że da się, że można
zatrzymać spadający kamień.
koczujemy
pod szklanym kloszem nieba,
czekając,
kto pierwszy nim potrząśnie.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz